|
niedziela, 14 października 2012
Dzięki za wszystko. Jak widać, blog umarł naturalną śmiercią jak wiele kreatur, które miały okazję istnieć. Rzeczywistość od ostatniego wpisu tak się zmieniła, że nawet nie ma specjalnie sensu, a także sił jakoś streścić ten czas.
niedziela, 02 maja 2010
Pozwolę sobie, ponieważ jest to publicznie dostępne na przytoczenie wpisu A. Szostkiewicza z "Polityki".
Umieściłem pod nim komentarz:
Szanowny Panie redaktorze,
Następnie otrzymałem odpowiedź od niejakiego "Kaźmirza" (pisownia oryginalna - przyp. M.D.):
M. Dawidowicz 18.29
Ową odpowiedź opatrzyłem komentarzem następnym, który może być jeszcze niedostępny:
@Kaźmirz:
Cóż, zobaczymy, jak się sprawa rozwinie, ale pokazuję ową korespondencję, ponieważ jest ona toczona w typowy sposób. Tzn. szukam argumentów, uściśleń, które są niezbędne, aby sprawę (jakąkolwiek) rozwikłać. Niestety, otrzymuję sprzężeniem zwrotnym gadaninę pełną erystycznych zabiegów niskiego stopnia, małego wyrafinowania.
Typowe to, lecz na pewno nie godne, aby się do tego przyzwyczaić. Nawiasem mówiąc, nie jestem bez winy, sam, łapię się nad tym, używam etykietek, bo one są pomocne, ale nieraz nauczyłem się pewnej (bo trudno, abym był nią przesiąknięty całkowicie, tego nie widzę) pokory, gdy i mnie pytano o dokładne dane lub brak prymitywnych środków erystycznych, etykietowania, spłaszczania itp.
niedziela, 11 kwietnia 2010
Doświadczam niewyrażalności. Nie chcę tutaj mnożyć kolejnych wpisów, które chylą czoła przed Pierwszym i Pierwszą i Wieloma Innymi, których los skończył się niespodziewanie. Podzielę się tylko opinią o sprawach pobocznych w Tych Dniach, które wspólnie przeżywamy, mimo że cena Wspólnotowości jest nieokiełznana żadną z znanych nam skal. Jest mi wstyd i żal, ale chyba bardziej wstyd miesza się ze złością, niesmakiem, obrzydzeniem. A jest mi wstyd jeszcze bardziej dodatkowo, lecz za mnie, że Tych Dniach odczuwam te gorsze emocje. Mówię tutaj o mediach, które relacjonują w sposób haniebny. Jedna z prywatnych telewizji w wieczornym wydaniu serwisu w drugim spocie pytała, kogo się dało o kształt kampanii wyborczej. Tutaj nawet "sic!" nie jest odpowiednie. Powtarzam, trudno wyrazić niewyrażalne. Ta sama telewizja pytała i promowała wypowiedzi osób, które sączyły jad w sposób maksymalny. Jeszcze tak niedawno. Dzisiaj te osoby szukają obecności, emanują stratą. Jaka to jest cena uczstniczenia w Wspólnocie? Dzisiaj te osoby z troską nad czołem wyrzeźbioną mówią, że "długo tych ludzi w wielu instytucjach nie będzie mógł nikt inny zastąpić". (To nie cytat, a parafraza). I wczoraj, gdy jeszcze niezidentyfikowano ciała Prezydenta RP, gdy unosił się dym w brzozowym lesie, tym samym, o którym śpiewa L. Makowiecki, pytano w mediach o wybory. Ukryto koniunkturalizm za zasłoną rzekomej troski o państwo. Oczywiste jest, że ludziom trzeba mówić, co prawo mówi, ale wybory - ten potok marketingowych sztuczek, to kwestia, o której mówić jeszcze nie należy. Przykre i smutne to, że mam sposobność o tym wspominać. Dzisiaj dostrzegają Wartość Pierwszego. Wielka szkoda, że nie potrafili dostrzec, gdy żył. Nie miejsce to na moje zwierzenia, co sądziłem i sądzę. Widziałem jednak w Nim kogoś innej kategorii niż większość, co wywoływało u wielu potok jadu. W euronews nazwali Go "populistą". Tylko nachodzi mnie krótka myśl, że to poczucie Wspólnoty, jaką dziś odczuwa wielu (nie wnikając już w internetową formę, której nie cenię, lecz próbuję tłumaczyć przez różnorodną, indywidualną wrażliwość każdego człowieka) to Wartość, którą budował, którą pokazywał, że jest winna być celem. Obśmiewano Go, opluwano Go, twierdzono, że to anachronizm, pseudopatriotyzm, myślenie przedepokowe. Dzisiaj odczuwamy to, co było Jego celem, lecz łatwo dostrzec można, iż niektórzy odczuwają tylko miraż, pokłosie Wspólnotowości, która służy im jako zasłona, pozwalająca robić to, co robili jeszcze w piątek.
piątek, 12 lutego 2010
Opowiem w tej notce o dość standardowym mechanizmie obecnym w mediach. Rzecz dotyczy rozmów, ustyskiwań dotyczących filmu "Towarzysz generał".
Film najpierw był emitowany na niszowym i przez nielicznych z powodu kiepskiego dostępu kanale TVP Historia w okolicy 13 grudnia 2009 roku. Nie wywołał dyskusji, poza nielicznymi środowiskami, które film oglądały z zapartym tchem. Na szczęście, z tej opcji skorzystałem, ponieważ dowiedziałem się o filmie po emisji w TVP Historia, został umieszczony w Internecie, co widać powyżej. Nadal jednak ni widu, ni słychu.
Rozmowy rozpoczęły się, gdy 27 stycznia został zagrany w TVP1. Studio prowadził Rafał Ziemkiewicz, który opisał dyskusję po emisji tutaj. Rozpętała się medialna dyskusja, a raczej dyskusja między mediami. Reakcje są zbliżone do tych, które mieliśmy przy okazji debiutu książki "SB a Lech Wałęsa...". Znowu przeciwnicy IPN wyciągnęli pałki, znów posługiwać się zaczęli etykietkami jako środkami erystycznymi.
Zdanie zajął historyk z UW, co ma uwiarygadniać stronę. Czytać możemy, że "film był pod tezę". No i? Nie wiem, być może czytam złe książki naukowe, ale zwykle w książkach naukowych mamy do czynienia z udowodnieniem postawionej a priori hipotezy, następnie dokonuje się logicznego (fakt logiczności ów historyk podkreśla) uzasadnienia. Książki naukowe również zajmują się pewnym wycinkiem, który jest analizowany dogłębnie, na zasadzie "spójrzmy przez mikroskop, aby uzyskać zasadę funkcjonowania", co jest zgodne z Arystelesowską metodą. Nihil novi est i trudno z tego czynić zarzut. Ów historyk jednak czyni.
R. Kalukin z kolei rozpoczyna tekst od ad personam. Dyskredytuje w oczach czytelnika autora filmu, Grzegorza Brauna. Bo wiadomo, że skoro zrobił film "Plusy dodatnie, plusy ujemne", który lustrował Lecha Wałęsę, to świadczy o jakości następnego dzieła. A przecież tak publicyści GW potrafią pochylać się nad losem drugiego człowieka. Tutaj jednak nie ma miejsca na stosowanie zasady, że ocena czynu następnego jest od nowa, a nie wynika z czynu poprzedniego. Nie rozumiem tej logiki, przyznaję.
Druga strona przyznaje: film mówi prawdę w sferze faktografii. I to jest główna zaleta filmu. Niezaprzeczalne są fakty i tyle. Profesor Paczkowski, którego uznaje się za historyka nieskrajnego mówi w "debacie" z samym zainteresowanym: "można było reagować inaczej". Warto obejrzeć ten program, ponieważ pokazuje jak miałkie jest tłumaczenie bohatera filmu.
Opiera się bowiem na taktyce:
a. karta Sybiraka, z całym szacunkiem... ale co to ma do rzeczy... afirmacja systemu tworzonego przez Moskwę i to w formie skrajnej nie może być usprawiedliwiana tragicznym losem w łagrach...
b. dyskredytacja L. Kowalskiego,
c. pomieszanie faktów i opinii, zainteresowany twierdzi o opiniach, że są faktami, co ma dyskredytować faktograficzną warstwę obrazu,
d. podkreślanie pochodzenia szlacheckiego jako legitymizacja późniejszych decyzji afirmujących reżim, nie chcę wnikać w meandry, wypada tylko odwołać się do przypadków donoszenia na własnych rodziców w PRL... naprawdę to jest woda na młyn,
e. robienie z siebie ofiary nagonki, bardzo to ciekawy zabieg, który jest poparty przez niektóre media, jak i część elit politycznych (protest SLD), co uczłowiecza generała, ale jednocześnie relatywizuje spór. Bardzo groźny zabieg, ponieważ tworzy mit historii w pamięci młodego pokolenia.
Bardzo trafną analizę przeprowadza Bronisław Wildstein. Polecam do zapoznania się. Nie będę powtarzał arumentów przedstawionych przez dziennikarza "Rzepy".
Jak oceniam spór? Otóż, jest to spór nie tyle o samego generała, ale o zasady kształtowania historii w Polsce. Prawda i faktografia nie służą niektórym środowiskom, ponieważ najzwyczajniej broniły do tej pory mitów. Mitów honoru, dobroci niektórych osób, takich jak Jaruzelski. Mity są dobre, legendy potrzebne, ale jeśli mówimy o historii, to należy wspierać faktografię a nie bajki. Ta boli, bo często przeczy wyobrażeniom. Ból jednak bywa oczyszczający zwłaszcza, gdy mowa o tak ważnym organizmie, jakim jest historia Polski.
Trudno dziś nie przyznać racji, że trzeba opisywać. Trzeba pamiętać. I film ten sprawia, że nie zapomina się o postaci nie prezydenta III RP, ale funkcjonariusza partyjnego, antysemity strukturalnego, komunisty i sprawcy tragedii dla wielu tysięcy Polaków. Mity odrzuca, prezentuje fakty, które są zaskakujące dla bałwochwalców. Prawda niestety potrafi boleć, zwłaszcza tych, który bronili falsyfikatów do tej pory.
Mnie tylko zatrważa twierdzenie bohatera filmu, że "brakuje dystansu" pozwalającego ocenić zdarzenia. Owszem, ale jaki dystans jest potrzebny? Dystans, który wyznaczy data pogrzebu? Czy może za 100 lat, gdy społeczeństwo użyźni mitologia a nie historia? Wtedy będzie jeszcze trudniej, jeszcze mniej znośnie. Historia toczy się na naszych oczach, także ta negatywna. I jej również należy się przez mikroskop przyglądać. Tego film broni, dlatego wielu obrzuca autorów błotem. Takie to normalne, takie to proste.
Emilan Kamiński kiedyś recytował.
wtorek, 26 stycznia 2010
wtorek, 03 listopada 2009
Zmarł Claude Levi-Strauss. Doświadczamy straty nieogarnionej. Był to bowiem Człowiek, który potrafił zauważyć, iż te "mniej cywilizowane" kultury mają tak przeogromną wiedzę, której "te bardziej cywilizowane" nigdy nie posiądą. Był to człowiek, który pobudzał do pytań człowieka współczesnego, tak pysznego, bo "wie, rozumie i ma moc" o to, czy faktycznie ma prawo tak wysoko trzymać głowę. Cześć Jego Pamięci!
niedziela, 11 października 2009
Jeszcze aktualny Tygodnik Forum (nr 40/2009) w dziale "mikroforum" prezentuje grafikę satyryczną. W niej widzimy słonia (symbol amerykańskiej Partii Republikańskiej), który namalował przed momentem (trzyma spray) napis "NO, HE CAN'T". Słoń jest w czerwonym dresie z napisem "GOP" ("Grand Old Party" - Partia Republikańska). Napis wymalował pod okręgami olimpijskimi, które znajdują się pod napisem "Chicago 2016". Niebieski, środkowy jest symbolem wyborczym Obamy.
Oczywiście rysunek jest o tyle trafny, że nawet obecność Michelle Obama w Kopenhadze, gdzie podejmawono decyzje o tym, kto zostanie organizatorem IO w 2016 roku nie pomogła. Być może wybór był wiadomoy przed faktem i Obama nie ryzykował tak spektakularnej przegranej (bo byłaby, gdyby w Dani pojawił się, zamist wysyłać Pierwszą Damę).
Ale rysunek sprawił, że pomyślałem sobie, dlatego o tym piszę tutaj, iż Obama dostał pokojowego Nobla właśnie z tego powodu, iż "nie mógł" sprawić, że mielibyśmy Chicago 2016.
Czas trwania IO był związany z ideą Pokoju. Wtedy nie toczono wojen. Obama w bitwie o IO przegrał, dlatego dostał inny symbol Pokoju - Nobla.
Ot takie pocieszenie - podwójne. Raz, że Norweski Komitet Noblowski zna najbardziej trywialne zachowania rodem z psychologii społecznej, bo kto włoży koszulę w paski, ten paski może polubić. Pytanie tylko - czy Obama nie wystrychnie na dudka, posiadającego psychologiczno-wróżbiarskie zapędy NKN i nie będzie trwał w tej amerykańskiej polityce, jaką tworzył przez te niebagatelne, jak się okazuje, 9 miesięcy?
Dwa, że miło pocieszać prezydenta najbardziej wpływowego państwa świata. Tak zwyczajnie i po prostu.
sobota, 03 października 2009
Zerkam na wiadomości dotyczące tzw. "afery hazardowej". Dzisiaj oglądałem fragment konferencji prasowej Ministra Sportu Mirosława Drzewieckiego. Akurat natrafiłem na moment, kiedy mówił o dyspozycyjności wobec zamierzeń premiera Tuska. Przed chwilą wszedłem na wiadomości i czytam na stronie "dziennika": Na pytanie czy nie ma powodów do dymisji Drzewiecki odparł: "Jestem zawsze do dyspozycji premiera, jeżeli premier tak będzie uznawał, to oczywiście". Jeszcze rano w rozmowie z "Newsweekiem" minister zapewniał, że premier ma do niego zaufanie, a on sam nie myśli o dymisji. Pogrubienie pochodzi ode mnie. Dziennikarze piszący tę informację poddali się dynamizmowi opinii Ministra, która ma jednak charakter mirażowy fasadowy. Szef resortu sportu nie powiedział nic, co wskazywałoby na chęć zdymisjonowania się. Powiedział rzecz oczywistą. Konstytucja bowiem gwarantuje to, że minister jest zawsze do dyspozycji prezesa Rady Ministrów, co ma wymiar taki, iż to właśnie premier odpowiada za personalia w Rządzie. Tutaj mylić nie należy z sytuacją, kiedy Minister składa dymisję i wtedy stawia niejako sobie wotum nieufności, sprawdzając, czy się premier z tym wotum zgodzi bądź nie. Wtedy też można powiedzieć o "dyspozycji", ale jak widzimy różnica jest ogromna. Dziennikarze więc zostali omamieni wizją podania się do dymisji, co zawsze sprawia, iż spekulacja jest silniejsza. Minister zaś wykpił się odpowiedzią, która podparta jest przepisami prawnymi. I tak mamy odpowiedź, która satysfakcjonuje obie strony. A to, że błędną interpretację serwuje się społeczeństwu, to już inna sprawa...
wtorek, 29 września 2009
Cały świat śledzi los polskiego reżysera, który przebywa obecnie w areszcie śledczym w Zurychu. Zatrzymanie, dla przypomnienia, odbyło się na podstawie umowy, dotyczącej ekstradycji stąpających po ziemi szwajcarskiej oskarżonych przez wymiar sprawiedliwości USA. Mimo że ustawa jest 60-letnia prawie, nadal obowiązuje, co obserwujemy od kilkudziesięciu godzin.
Pisać nie będę jednak w wymiarze apelu o uwolnienie reżysera. Apeli mamy już bowiem dość. Dołożę trochę swoich liter do całej dyskusji, która toczy się w mediach. Warto podkreślić, iż sprawa stała się "jedynką" we wszystkich "zachodnich" serwisach informacyjnych. Dziś o wynikach wyborów w RFN nikt nie mówi, chociaż są one symptomatyczne dla lewicy. (Złośliwa interpretacja: może dlatego, że przegrała?)
Proces, który trwa, od końca lat siedemdziesiątych sprawił, iż Roman Polański nie postawił nogi na amerykańskiej ziemi. Bardzo alergicznie reagują obrońcy reżysera, kiedy mówi się o nim per "zbieg". Podkreślają wtedy, posługując się zabiegiem retorycznym, iż "według amerykańskiego systemu prawnego". To może trochę w tym miejscu, do którego zagląda tylko 6 osób dziennie, skomplikuję dialog. Otóż, według polskiego słownika, zbieg to ktoś, kto "uciekł skądś". Zapytuję w tym miejscu, co nie jest aktem skomplikowanym, "jak nazwać ruch Romana Polańskiego trzydzieści lat temu i jak nazwać omijanie USA od tego momentu?". Może to jest sugestia, iż Roman Polański stał się tak antyamerykański, że brzydzi go wizja zetknięcia się podeszwy z amerykańskią ziemią? Szkopuł w tym, że antyamerykanizm nie przeszkodził w odbiorze najbardziej amerykańskiej nagrody, jaką jest Oscar.
Sama sprawa współczesna jest również świadectwem polskich "elit intelektualnych". Oglądam i czytam to ze zdumieniem. Tzn. fakt, iż środowisko artystów stoi murem za przedstawicielem środowiska, nie jest niczym nowym. Dodatkowo, tendencje do bycia versus system penitencjarny są niemal popkulturowe. Nie jest to zatem rzecz zaskakująca. Artyści żądąją uwolnienia Polańskiego, ale zdają sobie sprawę, iż "wydarzenia sprzed 30. lat są moralnie negatwne". Innymi słowy, należałoby uwolnić reżysera, aby mógł zostać osądzony. Od tej ostatniej kwestii w apelu się nie odżegnują.
Andrzej Wajda w wczorajszym programie "Teraz My" odpowiadał w tym tonie: "Roman jest przedstawicielem środowiska, jest naszym artystą. Wiemy, co przeżył, a zachowanie Szwajcarii uznajemy za skandal.". Kazimierz Kutz sugeruje Polańskiemu, iż jest "małym chłopcem".
Są to wypowiedzi najbardziej łagodne, ponieważ balansują między chęcią obrony wielkiej postaci sztuki filmowej a chęcią nieposądzenia o obronę podejrzanego o obcowanie płciowe z nastolatką.
Niektórzy podkreślają, że "Roman Polański przeżył Holokaust". Tyle przeżył, a oni go do więzienia pakują." Można więc w tym miejscu zapytać, bo tak te wypowiedzi sugerują, czy wszyscy, którzy przeżyli Holokaust są przez to z natury dobrzy i czy to predestynuje ich do nieprzestrzegania prawa?
Zdumiewa mnie również, ale chyba przede wszystkim wypowiedź Krzysztofa Zanussiego, który oskarżył Amerykankę, iż była wtedy nastoletnią prostytutką. Lektura obecna tutaj. Teraz powinno się tę wypowiedź przesłać w tłumaczeniu, co umożliwiłoby oskarżenie reżysera o pomówienie ofiary.
Jaki atest wiarygodności wystawia Zanussi polskim elitom? Taki, że jeżeli ktoś z ich grona ma szansę stanąć przed obliczem sądu, to posuwają się do opluwania i szkalowania osób, które nie mogą odpowiedzieć.
Ktoś rzekłby "elyta"...
niedziela, 20 września 2009
Sprawa nieodbierania telefonu przez polskiego premiera została przez media potraktowana niczym następna anegdotka, scenka z sagi "dzień z życia przyzwoitego Prezesa Rady Ministrów". TVN nawet przeprowadziła sondę uliczną (tzw. "łapankę") dotyczącą tego, co mógł robić w tym czasie Donald Tusk, kiedy próbował się do niego dodzwonić Barack Obama. Oczywiście, odpowiedzi były przezabawne. Nie ma wątpliwości, iż gdyby to Prezydent Kaczyński raczył nie odebrać telefonu od głowy państwa strategicznego, to nie byłoby to traktowane jako "polactwo", "prymitywizm dziejowy", "pieniactwo", "typowa polska buta". Nie wyobrażam sobie innej opinii mediów niż te zabawne TVN-owskie. Zupełnie o poczuciu obowiązku polskiego premiera nie świadczy takie zachowanie. Nic to, że zdarza się to drugi raz (kiedyś próbował skontaktować się o 1 w nocy Prezydent Kaczyński ws. kandydatury Ministra Sikorskiego na fotel szefa NATO). Premier śpi - to jedyna oficjalna odpowiedź ad "poczucie obowiązku". Ktoś złóśliwy mógłby rzec, iż jest to brak komunikowania, ale byłby to z pewnością przedstawiciel "Polski B". Najwyraźniej, kryzys nie sprzyja Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Nie stać bowiem premiera Rządu RP, aby zatrudnić jakiegoś asystenta, który byłby w stanie premiera w odpowiedni i skuteczny sposób obudzić. Tak cenilibyśmy taki etat, który pozwoliłby się obudzić z tego letargu, którego scenariusz zawiera same uśmiechy, przecinania wstęg, przemówień chwytających za serce. Może wtedy byłaby to realna pobudka?
czwartek, 17 września 2009
Dzisiaj mija 70. rocznica agresji wojsk rosyjskich. Warto odnotować, iż zmienił się język o tych zdarzeniach, który serwują nam media. Pierwszy raz słyszę i widzę, iż mowa jest w sposób masowy o IV Rozbiorze Polski. Było to określenie odnoszące się do paktu Hitler-Stalin (Ribbentrop-Mołotov), ale o charakterze nieoficjalnym. Dzisiaj jest to język polskich mediów.
Przypomniał mi się przy okazji czytania o Tadziu Jasińskim film "Marzyciele", który pokazywał trochę środowisko lewicowe roku 1968 we Francji. I pomyślałem sobie prymitywnie, że te środowiska takie postawy hołubią i gloryfikują, a Tadzio Jasiński, został zapomnianym Bohaterem.
Polska nie ma powodów do odrabiania lekcji pokory (...) Polska zachowała się tak, jak należało się zachować. Niech lekcje pokory odrabiają ci, którym nie jedna taka lekcja się należy; w imię przyszłości.
Słuchałem dyskusji nad treścią uchwały Sejmu RP, która poruszałaby - trudno znaleźć odpowiedniego słowa - "sprawę", "kwestię" Katynia. Nie będę przypominał głosów polityków, bo było one prezentowane w sposób masowy w mediach. Chciałbym jednak dziś, nieprzypadkowo dziś, odnieść się do słów wicemarszałka Sejmu RP, który charakteryzuje się językiem, z jakiego wzorców czerpać zdecydowanie nie należy. Bo fakt, iż ów polityk, zasilający szeregi wielu partii podczas swej politycznej eskapady, zmieniał często poglądy, prezentując skrajne opinie (wystarczy potrudzić się kilkoma kliknięciami i uderzeniami w klawisze, aby znaleźć chociażby wypowiedzi o PO z roku 2001 r.), winien świadczyć, iż tego rodzaju osobowość należy potraktować z wyrozumiałością.
sobota, 01 sierpnia 2009
W Ten Dzień pamiętać można na wiele sposobów. Jednym z nich, najprostszym może, jest słuchanie niezwykłego wydawnictwa, które nosi tytuł od autora tekstów, poety - "Gajcy". Polecam szczególnie w Ten Dzień. Możemy usłyszeć o cesarzu, który loki tulił, jak i zapytać "dokąd ucieka czas?". Jako wielki ignorant, przyznać muszę, iż nie znałem wcześniej tych tekstów, dlatego tym bardziej je polecam, ponieważ okazuje się, iż pomostem między pokoleniami mogą być te teksty. Teksty sprzed 60 lat, a tak współczesne. Polecam i zapraszam.
niedziela, 19 lipca 2009
Włączyłem wczoraj (18 lipca) sobie poprzez wciśnięcie przycisku w przeglądarce, stronę główną onet.pl. Znalazłem tam zapowiedź informacji, która przypominała mi znane formy tabloidowe. Jest to mały dowód na to, że propagandziści polityczni pracują twórczo, ale w obrębie znanego nam poziomu. To jest propaganda w stylu "Lech Wałęsa zarabia ileś tam setek tysięcy dolarów, a polscy emeryci głodują." Tu mamy przykład propagandowego komunikatu skierowanego przeciwko złemu światu, który ma obalać mit monolitu komunizmu w wydaniu północnokoreańskim. Taka amatorszczyzna, ale trzeba widzieć. Informację można przeczytać tutaj.
czwartek, 16 lipca 2009
Wspominałem niedawno o odkryciu roku moim, czyli o Zespole Prosto z Chile. Wczoraj miała miejsce premiera EP-ki zespołu w jednej z poznańskich piwnic. (Piwnice tym, którzy trochę lubią The Beatles kojarzą się bardzo dobrze, bo czym wszak była The Cavern, jeśli nie piwnicą.) EP-ka nosi tytuł "Elektrycznym światłem", z którego publiczność została odpytana przez Wokalistkę. :) Można "Elektrycznym światłem" pobrać stąd. Amatorów, do których się zaliczam, wersji audio, muszę na razie zasmucić, ponieważ nie znalazłem miejsca, skąd można zakupić EP-kę w wersji żywej. Miałem ów rodzaj rzadkiego szczęścia, iż jestem takowej posiadaczem. :) Przypominam o miejscu na myspace Prosto z Chile.
Proszę wybaczyć jakość zdjęcia. Butelka walała się po podłodze, ponieważ była energia. :) |